Życie pełne frajdy

Frajda? A na co to komu? Pierwsze kroki dla zbyt dorosłych

Wyobraź sobie, że spotykamy się trzy lub cztery lata temu. Jeśli mnie zapytasz to powiem Ci, że jestem otwarta – na świat, na ludzi, na siebie. Że nie mam oczekiwań, jestem chodzącym triumfem prostoty i przeszłam już tyle, że stałam się swoim największym przyjacielem.

Intensywnie pracuję nad sobą. Pogłębiam swoją uważność, zatapiam się w mindfulness, ćwiczę umysł w jogicznych asanach, regularnie wyruszam w głąb siebie, żeby zmierzyć się z trudnymi emocjami i nie dającą spokoju przeszłością.

Głowa pełna teorii

5 lat psychologii na studiach. Oglądanej z różnych perspektyw. Masy inspirujących rozmów o sensie życia i esencji bycia człowiekiem. Kursy rozwojowe, coachingi, warsztaty. Nie przepuszczałam żadnej szansy.

Teorię miałam opanowaną do perfekcji.

Gorzej z praktyką. Zrozumiałam to dopiero, gdy trafiłam na terapię własną. Nagle okazało się, że mimo, że doskonale wiem jak wygląda mechanizm wyzwalania reakcji stresowej i potrafię opowiedzieć o nim naukowym żargonem, wtrącając co chwilę słowa typu bodziec, reakcja, eustres i dystres… to i tak jestem bezbronna wobec tego, co spotyka mnie w codziennym życiu.

Pozornie radziłam sobie ze stresem intelektualnym dyskursem, samokontrolą (cokolwiek to znaczy) i pokerową twarzą, ale skutki mojej bezradności były widoczne na pierwszy rzut oka: pełne napięć ciało, ścisk i ból żołądka, sięganie po papierosy, śmieciowe jedzenie, do tego bruksizm i bóle głowy.

Każdy psycholog ma swojego terapeutę

Siedziałam wbita w fotel, w gabinecie mojej terapeutki, i opowiadałam jej o moim minionym tygodniu: załatwiłam 983983 spraw, udało mi się uzyskać wysokie wyniki w pracy, nauczyłam się sporo nowych zagadnień, przygotowałam trudne szkolenie i nawet udało mi się znaleźć czas na ćwiczenia fizyczne. Temat zszedł na rolę przekonań i wysokich oczekiwań wobec samej siebie, które sprawiają, że ponoć żyję w stanie nieustannego napięcia. 

No dobrze, Pani Nicole, ale co robi Pani dla siebie?

Co to znaczy dla siebie? Dla siebie to ja żyję przecież. Dążę do tego, żeby to życie jakoś przeżyć właściwie – mieć dobrą pracę, dbać o to, żeby nie gnuśnieć i podsycać wewnętrzną ambicję, ciągle iść do przodu zamiast się cofać lub stać w miejscu. Optymalizuję czas wielozadaniowością i optymalizuję przestrzeń – ostatnio na przykład wdrażam sukcesywnie minimalizm. Nie można mi odmówić szeregu zasług w dbaniu o swoje życie.

Ale ja nie pytam o dbanie o życie. Pytam o dbanie o siebie. Co Pani robi dla frajdy? Dla relaksu?

No, uwzięła się na mnie. Przecież mówię – ćwiczę fizycznie czasem, bo przecież ruch to zdrowie. Nie mam czasu iść na jakieś zajęcia na siłowni to w domu nogą pomacham. Książkę czasem poczytam, zazwyczaj 15 minut tygodniowo, bo jak czytam to przychodzi mi do głowy lista spraw do załatwienia i zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że tak czytam tylko. Zamiast te sprawy ogarniać. Telewizję oglądam, seriale zwłaszcza… głównie wtedy, gdy nie mam już siły za bardzo na nic.

A ma Pani ulubiony kubek na herbatę?  

To głupie pytanie całkiem wytrąciło mnie z tropu. W moim słowniku nie istniało słowo ulubiony. No dobra, w odniesieniu do jedzenia by się znalazło. Pod tym względem zawsze sobie folgowałam i pozwalałam na więcej. Jedzenie było moją sekretną bronią w walce z emocjami – ale o tym w innym poście.

W odniesieniu do codzienności i towarzyszących jej atrybutów, ciężko było mi znaleźć coś, co zasłużyło by na miano ulubionego. Coś, co sprawia mi frajdę i przyjemność. Coś, co motywuje mnie do tego, żeby zatrzymać się na chwilę i celebrować moment, w którym jestem. Po prostu jestem. Zwykły kubek na herbatę mnie przerósł.

Co Pani robi dla frajdy? 

Czułam jak moje Wewnętrzne Dziecko otworzyło szerzej oczy, a jego kąciki ust zaczęły powolutku się unosić do góry… No, chyba sobie Pani żartuje! – krzyknął na to mój Wewnętrzny Rodzic. Tyle jest rzeczy do zrobienia, życie takie krótkie, wymagań tak dużo i ja mam jeszcze na frajdę czas tracić?

A co sprawia Pani przyjemność? 

Proste pytanie, z tym to chyba dam sobie radę.

Przede wszystkim czytanie.

Pisanie też, zwłaszcza, gdy czuję wenę i słowa wprost wylewają mi się spod palców.

Lubię też spacery. I to, gdy jadę na rowerze, podglądując po drodze świat, ale jadę na tyle szybko, że gdy świat orientuje się, że mu się przyglądam to już mnie nie ma.

Spotkania z przyjaciółmi zawsze sprawiały mi przyjemność, nawet jeśli to był tylko krótki czas wyrwany z rozbieganego i napiętego grafiku.

Uwielbiam psy, a zwłaszcza własnego, bo jak go nie uwielbiać, skoro jest najfajniejszym psem-Owcą na świecie…

Po wymienieniu tych 5 rzeczy poległam. Tym bardziej zrobiło mi się nieswojo, gdy okazało się, że z tych 5 rzeczy, tylko jedną robiłam  w ostatnim tygodniu. Dwie w trakcie ostatniego miesiąca.

No bo czasu nie mam, ciągle czasu nie mam, dzień tak zapieprza, że piję rano kawę, chwilę później patrzę, a tu już ciemno na dworze.

Czas zawsze będzie ograniczony. Kluczowe jest to, na co go Pani przeznacza, a na co nie.

Pokaż mi na co przeznaczasz czas, a ja powiem Ci kim jesteś. Jakie są Twoje marzenia i pasje. Marzenia i pasje? Prędzej powiesz jakie są moje przekonania o tym, na co powinnam ten czas przeznaczać.

Obudziłam się i miałam ochotę na frajdę

Zaczęłam wszystko od zera. Po pierwsze – musiałam siebie na nowo poznać. Popatrzeć na siebie całościowo, z różnych perspektyw i wymogów związanych z rolami, które pełnię na co dzień.

Przyjrzeć się temu, co sprawia, że czuję delikatne gilgotanie w żołądku, a oczy mi się śmieją. Wiesz, temu, co sprawia, że czuję bardziej, że mam ochotę uścisnąć każdą napotkaną po drodze osobę. Tego nie daje żaden awans w pracy, ani dobrze posprzątane mieszkanie. Wiesz, o co mi chodzi.

Pierwsze grube zadanie: Stworzyć listę z 100 rzeczami, które sprawiają Ci frajdę. Wersja dla ambitnych: 200. Będzie z czego wybierać.

Drugie: Znalezienie czasu na jedną z nich, chociaż raz dziennie. Nawet, jeśli to będzie tylko kubek lawendowej herbaty (tak, już mam ulubiony kubek – w Sowy! I ulubioną herbatę – lawendową właśnie 🙂 ) 

W międzyczasie stoczenie batalii z własnym umysłem. Ze zbiorem przekonań, który hamuje każdą zmianę, a zwłaszcza tą, która godzi w sens ostatnich lat mojego życia.

Przemów sobie do rozsądku

Zaczęłam od „dlaczego?”, tworząc w głowie przydługawy monolog, w lekko opieprzającym tonie:

No i świetnie,  i masz to życie, w którym (i na które) się tak naharowałaś. Zdobyłaś jeden papier, i drugi, i kilka kolejnych świstów, którymi można podeprzeć się na rozmowie rekrutacyjnej, jeśli będziesz musiała przekonywać kogoś o swojej wyjątkowości.

Odhaczyłaś większość celów z listy. Wyrobiłaś się ze wszystkimi zadaniami na wczoraj. Masz się czym pochwalić. Spełniłaś wymagania i nikt nie zarzuci Ci, że olałaś czyjeś oczekiwania: rodziców, znajomych, społeczeństwa, swoje.

I co?

I to tylko o to w tym wszystkim chodzi? O odhaczanie kolejnych, zrealizowanych celów? O spełnianie wymogów? O dotrzymywanie tempa i wpisywanie się w ogólnie przyjęte schematy?

O ciągłe udowadnianie sobie, że jesteś wystarczająco dobra i zasługujesz? Na miłość, uznanie, akceptację?

A gdzie w tym wszystkim miejsce na Życie, spryciulo? Na po prostu bycie? Doświadczanie, radość, namiętność, pasję? Na drętwienie nóg, bo się zasiedziałaś, bo coś tak Cię wciągnęło, że nie mogłaś się oderwać? Na latanie kilka centymetrów ponad chodnikami? Na nieprzytomny wzrok, gdy ktoś zapyta jak Ci minął weekend, a Ty szukasz odpowiednich słów w głowie, które zastąpią tą niepokojącą chęć, żeby krzyknąć Zajebiście! (bo nie wypada, skoro ktoś mógł tak nie mieć) ?

Czy się udało?

Nadal się udaje. A są dni, że się nie udaje.

To proces, w trakcie którego muszę wytresować swojego Wewnętrznego Dorosłego.

Ważne, żeby ciągle iść do przodu.

 

 

  • Och, jak dobrze to znam – jakbym czytała stenogram z jednego z pierwszych spotkań na mojej własnej terapii 😉 Zabawne jest to, że w tym czasie studiowałam psychologię oczywiście i pracowałam w portalu rozwojowym, publikując piękne artykuły o tym, jak to warto się relaksować, dbać o relacje i całymi garściami czerpać z życia… Na szczęście nigdy nie jest za późno, by powiedzieć sobie stop i zacząć coś zmieniać. Ot, choćby od znalezienia tego ulubionego kubka. Trzymam kciuki za ten Twój proces 🙂