Uzdrów sam siebie [recenzja]

Uzdrów sam siebie [recenzja]

 Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Helion

 

Współcześnie istnieje już wiele mocnych dowodów na to, że istnieje powiązanie pomiędzy ciałem a umysłem.

Wiele sytuacji życiowych takich jak chociażby utrata osoby bliskiej zwiększa Twoją podatność na zachorowanie i obciąża Twój układ odpornościowy.

To coś, czego nie da się namacalnie zbadać naukową aparaturą, ale nie da się zaprzeczyć, że to istnieje.

Zarówno te odkrycia, jak i już dawno udokumentowany wpływ stresu na zdrowie, oznaczają jedno. Myślenie o układzie odpornościowym nie powinno być ograniczone tylko do niego. To coś znacznie więcej.

Drugim kluczowym czynnikiem, który ma na niego wpływ jest umysł czy też coś, co autorzy nazywają „ciałoumysłem”.

Wizyta u lekarza w alternatywnym świecie

Pomyśl o jednej z Twoich wizyt u lekarza. Jak przebiegała, krok po kroku?

Powiem Ci jak to zazwyczaj wygląda u mnie. Najczęściej tak samo, bez względu na to, czy idę do lekarza na NFZ czy prywatnie.

Wchodzę do gabinetu i zapytana o to, co mnie sprowadza, opisuję moje dolegliwości (np. grypowe – kaszel, katar, bóle mięśniowe).

W zależności od tego, z czym przychodzę, lekarz wykonuje dodatkowe badania takie jak np. sprawdzenie co słychać w moich migdałkach.

Potem wypisuje receptę i mówi mi o tym, jak powinnam przyjmować leki. Oprócz tego zaleca dużo odpoczynku i przerwę w pracy. Dziękuję za wizytę i wychodzę.

Jestem pewna, że gdyby ten lekarz przeczytał książkę „Uzdrów sam siebie” zadałby więcej pytań. Zainteresowałby się tym, czym karmię swoje ciało i czy o nie dbam, wyprowadzając je na regularne spacery lub pozwalając mu się rozładować energetycznie poprzez ruch.

Nie byłoby dla niego niczym niecodziennym zapytanie o to, co ostatnio wydarzyło się w moim życiu. Czy przeżywałam dużo stresu, czym on był spowodowany i jak sobie z nim poradziłam.

Przyjrzałby się też bliżej temu, jak dużo czasu każdego dnia poświęcam temu, co kocham – rodzinie, przyjaciołom, znajomym. I temu, jak często spędzam czas wchodząc w kontakt sama ze sobą.

To, co by usłyszał, wpłynęłoby też znacząco na to, jakie dostałabyś od niego zalecenia.

Czujesz tę znaczącą różnicę?

Jak boleśnie odkryłam ciałoumysł? 

Kiedyś bliżej było mi do myślenia sercem, nie głową. Wierzyłam w intuicję, pisałam wiersze, a w każdej wolnej chwili zanurzałam się w świat książek. Świat, w którym wzruszenia, cudowne przypadki i niezwykłe zbiegi okoliczności były na porządku dziennym.

Moja wrażliwość była na wyciągnięcie ręki. Z jednej strony pielęgnowałam ją łącząc się z wewnętrznym Głosem, z drugiej – traktowałam ją jak bycie skazanym na wieczną banicję w świecie, w którym trzeba być twardym i silnym.

Wszystko zmieniło się, gdy poszłam na studia.

Uciekłam na studia psychologiczne szukając głębi i zrozumienia dla tego, co w nas najważniejsze. Zamiast tego znalazłam mnóstwo teorii i definicji, które w pięknych, naukowych słowach ujmowały to, co większość z nas czuje i doświadcza na co dzień.

Nauczyłam się analizować siebie i innych z poziomu głowy. Mój umysł miał ogromną radochę, gdy łączył poszczególne kropki, tropił zależności przyczynowo-skutkowe i wyciągał wnioski na podstawie kilku przesłanek. Odcięłam się od intuicji, czucia na poziomie ciała i innych metod doświadczania świata w nieschematyczny sposób.

Aż nadszedł dzień, w którym moje ciało samo mi o sobie przypomniało. Po kilku latach nie okazywania mu szacunku podniosło alarm.

Miałam wrażenie, że jeden objaw pociąga za sobą kilkanaście kolejnych.

Napięcie, które tłumiłam i ignorowałam w dzień, zaczęło mi doskwierać w nocy. Pojawił się bezdech i bruksizm (szczękanie zębami). I to nie byle jaki – straciłam 4 zęby. Po prostu je rozmiażdżyłam.

Przestraszona pobiegłam do specjalisty, który po przyjrzeniu się moim zębowym perypetiom zapytał:

– Ile ma Pani lat?

– Dwadzieścia siedem. – odpowiedziałam.

– Niewiarygodne… Takie zmiany mają zazwyczaj ludzie po 40tce. Po całym życiu pełnym stresu i napięcia. Wie Pani coś o tym jak stres wpływa na organizm?

– Tak, i to sporo. Studiowałam psychologię… – zatrzymałam się w pół słowa. Czułam, że wiedza, którą mam powinna zobowiązać mnie do tego, żeby umieć sobie pomóc tak, jak pomagałam innym. Zawstydziłam się.

– Patrzę na Pani ciało i widzę, że sporo doświadczyło. Czy ma Pani za sobą jakąś traumę lub jakieś trudne doświadczenia?

– Proszę Pana, kto nie ma w życiu trudnych doświadczeń? 

I wtedy poczułam, że coś we mnie pękło. Łzy podeszły mi do oczu i głośno przełknęłam ślinę.

Tak, było tego sporo. Oszukiwałam samą siebie, że jest w porządku, bo całe życie słyszałam Weź się w garść i nie użalaj się nad sobą.

Okazało się, że mogłam oszukiwać i siebie, i świat wokół, że jest okej. Ale moje ciało nie potrafiło kłamać.

Potrafiłam spojrzeć z dystansu na innych, doradzić im to, co powinni zmienić w swoim stylu życia i pomóc we wdrażaniu zmian, ale zastosowanie tej wiedzy do samej siebie okazało się czymś, co mnie przerasta.

To był moment, który był dla mnie punktem zwrotnym.

Potęga ciałoumysłu

Jeszcze trzydzieści lat temu lekarze sceptycznie podchodzili do połączenia pomiędzy ciałem a umysłem. Traktowali je z rezerwą i dystansem. Wirusy i bakterie są przecież widoczne gołym okiem pod mikroskopem, ale umysł?

To coś, co od zawsze wymyka się nauce, która lubi rzeczy namacalne i mierzalne.

Na dzień dzisiejszy, dzięki sporej ilości badań, wiemy już, że relację ciała i umysłu można porównać do kierowcy, który prowadzi samochód.

Pojazd jest środkiem transportu, który, co prawda, sygnalizuje różne ubytki czy elementy wymagające naprawy, ale to kierowca podejmuje ostateczną decyzję dotyczącą tego, czemu poświęci swoją uwagę.

To on jest tym, który kontroluje całą sytuację.

Podobnie jest z umysłem. Każda z komórek w Twoim ciele komunikuje się z nim. To on jest tą częścią, która sprawuje nad nimi ścisły nadzór.

To jest zarazem jednoznaczne z tym, że Twój „umysł” nie znajduje się w jednym miejscu – jest rozproszony po całym ciele. Każda komórka wysyła i odbiera ciągłe komunikaty. Powstaje pewnego rodzaju informacyjna super autostrada.

 

Najnowsze odkrycia pokazują jak wiele szkód wyrządza oddzielenie umysłu od ciała.

Lektura książki „Uzdrów sam siebie” pokaże Ci, że nie ma nic innego niż „ciałoumysł”. I że tego typu założenie nie jest poglądem, który wynika z subiektywnych przekonań, ale z racjonalnych, biologicznie uwarunkowanych przyczyn.

Komu polecam tę książkę?

To piękna książka dla tych, którzy zastanawiają się czemu tak jest, że niektórzy ludzie robią wszystko tak jak powinni – ćwiczą, zdrowo się odżywiania, nie palą i nie piją, a mimo wszystko zapadają na nieuleczalne choroby, które odbierają im zdrowie i komfort życia.

Świetnym dodatkiem jest siedmiodniowy plan działania na rzecz poprawy odporności. Pokaże Ci podstawowe zalecenia i przybliży Cię do wdrożenia w życie tego, o czym na ten moment jedynie czytasz.

Ta pozycja trafi do każdego, kto lubi fakty podparte badaniami. Jednak mimo wszystko, sugeruję Ci zachować uważność i nie podążać ślepo za zaleceniami. Jednym z nich jest chociażby picie kawy, które według badań ma skutki prozdrowotne. Autorzy zalecają pić od 3 do 5 filiżanek kawy dziennie.

W czasach, gdy piłam kawę, nie przekraczałam 3 filiżanek – a i tak ta ilość mocno nadwyrężała mój układ nerwowy i „pomagała” mi w dobrnięciu do wieczora, mimo, że moje ciało błagało o odpoczynek.

Dlatego, podejdź to zaleceń świadomie. Miej na uwadze jak do tej pory wyglądało to w Twoim życiu i jak różne elementy wpływały na to, jak się czułaś.

Jeśli masz przeczucie, że jest coś więcej to ta książka może być tym, czego szukasz. Jeśli podejrzewasz, że pod objawami często jest coś, co wymaga się naszej uwagi. Zaniedbane emocje, niedokończone sprawy, ignorowane zależności.

Znasz powiedzenie W Polsce trzeba mieć zdrowie, żeby chorować?

Przeciętny człowiek czuje się zaniepokojony, gdy ma iść na wizytę do lekarza. Mimo tak dużego postępu w medycynie, nadal towarzyszą nam obawy. To dobry trop, żeby otworzyć umysł i zajrzeć głębiej.

Możesz być zdziwiona tym, co tam znajdziesz.

Podobne wpisy