Slow life dla pracoholików

Wpis gościnny: Slow life dla pracoholików

Autorem wpisu gościnnego jest Maciej Wojtas, copywriter, scenarzysta i autor bloga maciejwojtas.pl. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji czytać – naprawdę warto! Jego teksty bawią, wprawiają w zadumę i zaskakują (jeden z nich znalazł się też w marcowych followsach).

Rozsiądźcie się wygodnie z kubkiem kawy i zobaczcie co Maciek stworzył w ramach wpisu o slow life z perspektywy pracoholika 🙂


Za siedmioma górzystymi górami, za siedmioma lesistymi lasami i za siedmioma wodnistymi jak cholera rzekami żyła sobie wróżka. Pewnego ranka obudziła się i powiedziała sama do siebie:

Ja pierdziele, że też muszę mieszkać na takim zadupiu. Tracę tyle czasu na dojazdy. Ale dobra. Skoro ludzie wygnali mnie do tego wygwizdowa, to ja im teraz pokażę wartość czasu. Zrobię im taki slow life, że zapamiętają mnie do końca życia.

Musicie wiedzieć, że wróżka miała mnóstwo wad. Ale miała jedną zaletę: była słowna do bólu.

***

Właśnie tak miał się zaczynać mój śmieszkujący artykuł gościnny na temat slow life. Postanowiłem jednak napisać coś w dużo poważniejszym tonie.

Slow life – stereotypy

Pogrzebałem w głowie i znalazłem tam kilka stereotypów dotyczących filozofii slow life. Na przykład zdania twierdzące, że „wolne życie” to styl dla wybrańców, a konkretnie:

  • dla blogerek, które zawinięte w koc ćwiczą jogę, trzymając kota w jednej i kubek kawy w drugiej ręce (właśnie taką opinię mają blogerzy wśród nieblogerów)
  • dla tych, którzy mają na tyle oszczędności, by móc pracować na ćwierć etatu albo w ogóle odpuścić sobie chodzenie do roboty
  • dla rentierów i szczęściarzy, którzy trafili szóstkę w totka
  • dla emerytów, którzy z natury są slow
  • dla tych, którzy (jak powiedziałby Coelho) wyczerpali już wszystkie deski ratunku znajdujące się w ich tartaku życia.

Szara rzeczywistość

Nie musiałem grzebać zbyt głęboko w swoich wspomnieniach, żeby zdać sobie sprawę, że w kategorii „życie w stylu slow life” ponoszę porażkę za porażką. Z drugiej strony, doskonale wiem, że takie postępowanie na dłuższą metę grozi katastrofą w postaci zawału, udaru czy innej choroby, która brutalnie rozprawi się z moim (wymuszonym trochę przez okoliczności życiowe), ale jednak pracoholizmem. Jest on wymuszony, bo naprawdę muszę ostro zapieprzać, żeby zapewnić byt rodzinie. Byt, czyli podstawowe podstawy, a nie wczasy w tropikach czy nowy samochód, bo te rzeczy są totalnie poza moim zasięgiem.

Porady dla nieuleczalnych pracoholików

Pogrzebałem w głowie raz jeszcze i w szufladce z napisem „Dobre rady, które chętnie daję innym”, znalazłem taką oto listę zaleceń dla początkujących slowliferów.

Część z nich od jakiegoś czasu powoli wdrażam:

1) Wrzuć na luz. Czy wiesz, że w chwili, kiedy czytasz to zdanie, ktoś umiera z przepracowania? (tak naprawdę nie wiem, czy tak jest, ale musiałem cię jakoś wstrząsnąć)

2) Spróbuj przez 10 minut nie wchodzić na Facebooka.

3) Kładź się spać zanim osiągniesz stan prawie że agonalny.

4) Idź na spacer do lasu (uwaga: nie dotyczy leśniczych).

5) Czytaj jedną stronę świetnej książki dziennie.

6) Zawalcz o chociaż jeden dwudniowy wolny weekend w miesiącu.

 

To tyle na początek detoksu. Mam świadomość, że dla wielu ludzi nawet ta skrajnie minimalistyczna lista jest i tak zbyt długa. A dla części osób powyższe zalecenia mogą być wręcz niewykonalne.

Trudno. Nic na to nie poradzę.

Czy naprawdę potrzebujesz slow life?

Nie, nie potrzebujesz.

Możesz dalej być jak samochód pędzący autostradą na pierwszym biegu. Ale nie dziw się potem, że auto pali jak smok, że wyjący z bólu silnik dochodzi do kresu swoich możliwości, a chłodnica raz po raz tryska gejzerem wrzącej pary.

Slow life jest jak nauka jazdy na wyższych biegach. Nadal będziesz jechał te swoje 80 na godzinę, ale kosztem dużo mniejszego wysiłku. Ciszej, spokojniej, mądrzej i bardziej komfortowo.


A Ty co dodałbyś do listy porad slow life dla nieuleczalnych pracoholików? 🙂