Rozum czy serce?

Serce i Rozum czyli dwoistość Chcę i Powinnam

Od kiedy pamiętam czułam w sobie tę dwoistość.

Rozum i Serce. Racjonalista i Marzyciel. Chcę i Powinnam. Pani Frajda i Pan Obowiązek.

Ten motyw przewijał się przez całe moje życie.

Gdy byłam małą dziewczynką, podążałam za Sercem.

Spędzałam całe dni na czytaniu książek. Czytałam do śniadania, po śniadaniu, na ławce w parku, na balkonie, w wannie i z latarką pod kołdrą. Fantastyka, kryminały, horrory, powieści obyczajowe… obojętne, połykałam wszystko!

Pisałam też wiersze i opowiadania. Uwielbiałam to!

Kreatywność wypływała spomiędzy moich palców gwałtownym strumieniem, czasami tak gwałtownym, że musiałam przerywać coś co robię i w pośpiechu szukać kartki. Żeby niezgrabnymi ruchami długopisu zapisać plątaninę myśli, które nagle, obleczone w formę, stawały się przejrzyste i klarowne jak woda w strumyku.

Lubiłam malować i bawić się w kolaże. Moja przygoda z „profesjonalnym” podejściem do tematu skończyła się, gdy w szkole podstawowej podczas zajęć z plastyki, podeszła do mnie Pani i powiedziała Nicole, jaką piękną oliwkę namalowałaś!

Nie ucieszył mnie ten komplement. To było jabłko.

Nie zmieniło to faktu, że nadal czerpałam dużą radochę z malunków – większych lub mniejszych. Niektóre z nich powstawały na marginesach szkolnych zeszytów, innym poświęcałam całą sztalugę.

Dorośnij w końcu

I twórcze pisanie, i malowanie skończyło się dość prędko, gdy „dorosłam”.

Moje wiersze spotkały się z ostrą krytyką rzeszy literatów jednego z internetowych portali, na których odważyłam się je opublikować.

Zalecono mi dokształcenie się, przeczytanie kilku dobrych książek i sięgnięcie do podstaw literatury zanim zacznę wymachiwać moimi wypocinami przed światem.

Moja racjonalna część osobowości (i bardzo perfekcjonistyczna) doszła wtedy do wniosku, że nie ma sensu dalej ciągnąć życia wierszoklety po godzinach, skoro i tak mi to nie wychodzi na „zadowalającym” poziomie.

Malowanie zniknęło samoistnie. Nigdy nie byłam w nim zbyt dobra, a rosnąca ilość obowiązków sprawiła, że przestałam to robić. Każdy powrót do rzeczy, które nie przynosiły mi wymiernych, namacalnych korzyści, sprawiał, że w moim umyśle słyszałam niekończący się monolog:

Naprawdę nie masz na co czasu tracić? Wzięłabyś się za coś porządnego…

Trzeba jeszcze posprzątać, pranie zrobić, naczynia umyć, a Ty się pierdołami zajmujesz…

Ale żeś wymyśliła i na co Ci to? I tak Ci nie wyjdzie z tego nic fajnego, po co się w to pchasz?

Dwa kierunki studiów, dwie dwoistości

Kolejnym punktem starcia Umysłu i Serca był etap studiów.

Marzyłam o psychologii, ale się na nią nie dostałam. Poszłam w coś, co znam – książki. I tak trafiłam na filologię polską.

To tak bardzo nie było to! Wiedziałam to już po pierwszym roku, gdy usłyszałam na zajęciach, że nikogo nie interesuje moje zdanie na temat interpretacji jakiegoś utworu, o ile nie jest poparte zdaniem teoretyków literatury.

Masowe czytanie książek tylko po to, żeby zostać prześwietlonym na kolokwium czy rzeczywiście przeczytało się je co do joty. Gramatyka historyczna, która kompletnie mnie nie interesowała. Teoria literatury, która całkowicie odstawała od codziennego odbioru dzieła przez czytelników.

Nikomu niepotrzebne do życia przedmioty i przeświadczenie każdego wykładowcy o tym, że jego przedmiot jest najważniejszy. Do tego Ci ludzie – z nosem w książkach, introwertyczni, niechętni do kontaktów.

Dusiłam się z każdą minutą przebywania w tym budynku.

Moim wybawieniem okazała się psychologia. Mimo, że rodzina pukała się w głowę Zwariowała, po co jej to? Po tym przecież pracy nie ma! – postawiłam na swoim.

Złożyłam papiery i zaczęłam drugie studia w trybie dziennym. Szaleństwo czasowe i wyzwanie organizacyjne. Wychodziłam z domu o siódmej rano i wracałam wieczorem. Cały dzień w biegu.

Na polonistyce byłam uważana za nieudacznika – cały czas jechałam na trójkach i czwórkach, spóźniałam się na zajęcia, zapominałam przynosić zaliczeniowych prac.

Na psychologii wszyscy uważali mnie za kujona – byłam zawsze przygotowana, oczy otwierały mi się szerzej na każdych zajęciach, gdy mogłam prowadzącemu zadawać całą masę pytań odnośnie zagadnień, o których aktualnie dyskutowaliśmy.

Znów dwoistość. Ja i ona – psycholożka i polonistka.

Chciałam rzucić filologię, ale duma i ambicja mi na to nie pozwoliły. Krew, pot i łzy wylane w trakcie tych kilku lat studiów okazałyby się pójść na marne. Z resztą Nigdy nie wiesz kiedy Ci się ten papier przyda, prawda?

Dociągnęłam. Resztą sił, z pianą na ustach, ale dałam radę. Byłam pewna, że pod koniec powiem: Było warto, ale jestem z siebie dumna! Przez chwilę byłam.

Dziś, z perspektywy czasu widzę jak bardzo byłam zagubiona i bezradna w tym wszystkim. 

Byłam za to dumna ze skończenia psychologii. Cały okres studiowania jej był jednym z najfajniejszych w moim życiu. Czułam, że wzrastam i rozumiem więcej. Fascynowała mnie prawie każda jej odmiana (może poza statystyką i metodologią badań 😉 ).

Nurkowałam w różnych nurtach – systemowym, poznawczo-behawioralnym, Gestalt. Zachłystywałam się naukowymi pojęciami i zaczytywałam się w doniesieniach płynących prosto od amerykańskich naukowców.

Pracuj i nie marudź

Kolejnym sprawdzianem dla mojej dwoistości był okres po studiach.

Pierwsza prawdziwa praca (w trakcie studiów pracowałam jedynie na część etatu) i prawdziwe pieniądze, które miały zapewnić mi przetrwanie.

praca w fundacji

Pierwsze rozczarowanie. Wybrałam coś, co wydawało mi się być bliskie moim wartościom – praca w Fundacji, prowadzenie szkoleń, pomaganie dzieciakom w rozwoju swojego potencjału i talentów.

Nie o tym dokładnie marzyłam, ale od czegoś trzeba zacząć.

Wyjazdy, stres, z którym sobie nie radziłam, presja czasu i obezwładniająca ilość nadgodzin. Ja nie dam rady? Pewnie, że dam. Dałam, ale przypłaciłam to zdrowiem i porządnym przemęczeniem.

Po kilku miesiącach nadgodzin, gdy miałam pierwszy od dłuższego czasu dzień wolny, poszłam spać i obudziłam się po czternastu godzinach. Mój organizm mówił STOP. Ja nadal mówiłam No co Ty!

Świetne perspektywy, stabilne zarobki, możliwość rozwoju. Serce mówiło: Daj spokój. Odpocznij. Rozum: Dasz radę! 

I wiesz co? Posłuchałam Serca. Postawiłam na życie pełne frajdy.

Zrobiłam sobie trzymiesięczne wakacje. Chodziłam na spacery, jadłam lody, spałam tyle, ile potrzebował mój organizm i robiłam jedynie to, na co miałam ochotę. Było cudownie.

Decyzja nie była łatwa, ale mam przy boku Małża, który mocno mnie w tym wspierał. I nigdy nie powiedział To głupie, bądź poważna!

Historia lubi się powtarzać

Piszę o tym, dlatego, że dzisiaj, kilka lat później, znowu znajduję się w tym samym miejscu. Znów moja dwoistość doprowadziła mnie do tego momentu, że musiałam wybrać.

Stabilizacja, bezpieczne ciepełko, brak finansowych zmartwień czy frajda, rozwój i odkrywanie siebie na nowo.

Poszłam za głosem Serca. W nieznane. Rzuciłam etat, przechodzę na swoje.

Chociaż cholernie się boję, bo nie wiem co dalej i jak dalej. Jak już się dowiem to Ci dopowiem koniec tej historii… 🙂


Dziękuję, że jesteś. Cieszę się, że mnie czytasz. Chętnie dowiem się jak to wygląda u Ciebie. Pamiętaj, że Twój komentarz może zainspirować innych!

Daj znać w komentarzu:

Czy zawsze podążasz za głosem Serca? Czy może dominuje u Ciebie Rozum?

Jak sobie radzisz z wątpliwościami, które dopadają Cię po drodze?

Uściski,