droga do siebie początek

Projekt Droga do siebie. W poszukiwaniu dharmy

Moje kilkumiesięczne zniknięcie o którym wspomniałam we wpisie Dlaczego warto porzucić bloga było spowodowane kilkoma powodami.

Pierwszym z nich było przesycenie treścią. Wkraczając w wirtualny świat bezwiednie oddawałam się w ręce przebodźcowania, a ilość treści i emocji zalewa nas od stóp do głów. Potrzebowałam się odciąć.

Drugim powodem, który wzmagał we mnie niechęć do jakiejkolwiek formy dalszego tworzenia było to, że poczułam, że się zatraciłam. Zamiast patrzeć na flow, zaczęłam patrzeć na statystyki. Miarą mojej satysfakcji przestała być możliwość podzielenia się swoimi myślami ze światem i odnalezienia tych, którzy myślą podobnie. Zadowolenie zaczęłam przeliczać na lajki. Mimo nieustannego uciekania od etykietki blogera zaczęłam myśleć o blogowaniu ilościowo, a nie jakościowo.

Trzecia kwestia, właściwie najważniejsza, która przeważyła na mojej decyzji była o wiele większego kalibru.

W sumie więcej nie wiem niż wiem

Miałaś taki moment, że poczułaś, że to jak do tej pory siebie definiowałaś już do Ciebie nie pasuje? Taki moment, w którym zmienia się to, jak postrzegasz własną tożsamość i zaczynasz kwestionować to, jaka byłaś do tej pory? Ten cały zbiór cech, pełnionych ról, marzeń i celów, do których chciałaś do tej pory dążyć?

Nagle, w jednej chwili wszystko przestaje być tak wyraziste. Zaczynasz się rozglądać z niepokojem wokół i widzisz, że to, czym żyłaś do tej pory już do Ciebie nie pasuje. Nie jest Ci wygodnie w dotychczasowych butach. Ubrania wydają się za ciasne i nawet własne imię wydaje się nieadekwatne.

Ten moment dał mi popalić. Oczywiście, nie stało się do z dnia na dzień. Zmiana następowała powoli, stopniowo. Im bardziej oddalałam się od samej siebie, tym bardziej czułam się zdezorientowana.

Poczułam, że potrzebuję powrotu do wewnętrznej spójności. Ta potrzeba jest całkowicie naturalna i oczywista, ale sposób jej spełnienia nie wydawał mi się aż tak oczywisty.

Postanowiłam, że poczekam. Uznałam, że to nic innego niż chwilowe zawirowanie. Zagłębienie się w techniki uważności, baczniejsze przyglądanie się samej sobie z różnych perspektyw podczas ostatnich kilku lat mogło przecież namieszać mi w głowie i w wartościach. To normalne, że czujesz się zagubiona, gdy zaczynasz grzebać sobie w głowie. Zwłaszcza, gdy to, co znajdziesz okazuje się czymś, czego nie możesz więcej ignorować i zamiatać pod dywan.

Jak myślisz co było potem?

Nic. Z czekania wyszło wielkie N-I-C. Nic nie przyszło, nie doznałam nagłego objawienia, nie udało mi się samoistnie odzyskać poczucia sensu, nie obudziłam się pewnego dnia z przekonaniem, że znam odpowiedź na pytanie Kim jestem i po co tu jestem?

Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać nowych rezultatów.

No więc okazało się, że jeszcze większym szaleństwem jest nie podejmowanie żadnych działań i wiara w to, że jeśli jest mi to przeznaczone to samo mnie to odnajdzie.

W poszukiwaniu dharmy

Ten proces można nazwać różnie. Szukaniem własnej tożsamości, próbą odnalezienia poczucia sensu, powrotem do korzeni, połączeniem się z wewnętrzną energią, podążaniem za głosem serca.

Poszukiwaniem dharmy czyli ścieżki, zgodnej z porządkiem całego świata. Powodu, dla którego tu jesteśmy. Sposobu, w jaki możemy uczcić sam fakt przeżywania życia i tego, że możemy pozostawić ten świat lepszym miejscem niż to, które zastaliśmy w momencie urodzin. Przeznaczenia, misji, tak zwanego true calling.

Ostatnie miesiące pokazały mi, że odpowiedzi przychodzą do tych, którzy działają. Nawet, jeśli działają nie w tę stronę, co trzeba.

Otwierając się na popełnianie błędów i kontynuowanie naszej ścieżki, otwieramy się jednocześnie na to, żeby energia do nas wracała. Idąc dalej, z masą pytań w głowie, pozwalamy na to, żeby świat nam je po drodze sam poukładał.

I potem wszystko jest dobrze,  choć z przypadku. Nie układamy sobie sami życia, nie planujemy, nie nadajemy mu określonego kierunku. Przypadkiem pracujemy w tym zawodzie, nie w innym. Przypadkiem spotykamy ludzi, którzy stają się naszymi przyjaciółmi. Przypadkiem tworzymy relacje i przypadkiem je tracimy. Jesteśmy w kontekście i za dużo zależymy.

I jak jest? No, jest po prostu w porządku. Tylko, wiesz, problem tkwi w tym, że nie satysfakcjonuje mnie „w porządku”. Chcę czegoś więcej.

Jestem przekonana, że na każdym z nas spoczywa obowiązek znalezienia powodu, dla którego znalazł się akurat w tym czasie i miejscu na Ziemi.

Wiesz, myślę, że to nie jest tak, że jesteśmy pozostawieni sami sobie. Świat daje nam znaki i łatwe do przeoczenia drogowskazy. Sprawiając, na przykład, że spotykamy po drodze ludzi, którzy krótką rozmową pozostawiają ślad.

Jednym z nich była wyjątkowa osoba, która zainspirowała mnie do nie poddawania się w dalszych poszukiwaniach. Zachęciła mnie też do stworzenia cyklu artykułów, który opisze proces moich poszukiwań.

Niebawem dalsze części opowieści.