Mapa marzeń

Mapa marzeń czyli w poszukiwaniu spójności

Gdzie widzisz siebie za pięć lat?

To pytanie zawsze powodowało u mnie niekontrolowany wybuch śmiechu. Bez względu na to, czy zadawała mi je przyjaciółka, psycholog czy rekruterka.

Pamiętam jak podczas jednej z rozmów rekrutacyjnych, mimo narastającej desperacji bezrobociem, zrobiłam wielkie oczy po usłyszeniu tego pytania. Potem, odpowiedziałam ze śmiechem, że to jedno z najtrudniejszych pytań podczas całej naszej rozmowy. W tamtym okresie przechodziłam duży kryzys tożsamości.

Moje marzenia o przyszłej pracy zweryfikował rynek pracy i… brutalna rzeczywistość, którą do tej pory odpychałam od siebie rękami i nogami. Niewiele myśląc, powiedziałam, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo otóż, droga Pani, przechodzę obecnie obecnie kryzys. I to nie byle jaki, bo kryzys 25 roku życia, który potwierdza nawet literatura naukowa. To ponoć jeden z poważniejszych (poza tym związanym z wiekiem średnim), więc nic dziwnego, że zbiera żniwo, a jedną z jego ofiar jestem i ja.

W sali, w której odbywała się rozmowa zapadła kompletna cisza, przerywana nerwowym śmiechem rekruterki. Po chwili konsternacji spoważniała i zapytała: To jaką mamy pewność, że jeśli Panią zatrudnimy to za rok nadal będzie Pani chciała z nami pracować? Uśmiechnęłam się i powiedziałam z dobitnością w głosie: Szczerze mówiąc to żadną. Dwa dni później stałam się częścią ich zespołu.

Jestem przesadnie sobą

Odpowiadanie na tego typu pytania to jeden z tych momentów, gdy nigdy nie owijam w bawełnę. Nawet, jeśli jest to kwestia pracy, na której mi zależy. Wychodzę z założenia, że gdy ukrywamy to, co naprawdę myślimy, cierpią na tym obie strony. Ja, bo muszę udawać kogoś, kim nie jestem i pracodawca, który sądzi, że zatrudnia kogoś innego niż w rzeczywistości. Prawda i tak wyjdzie na jaw. Nie warto wzajemnie tracić czasu.

Myślę, że wtedy zwyciężyłam szczerością. Z resztą, okazała się jedną z kluczowych umiejętności, bo trafiłam do bardzo kameralnego zespołu, gdzie wszelkie niejasności widać było jak na dłoni. Chociaż podejrzewam, że dzięki temu incydentowi mogłabym być doskonałym antyprzykładem podczas szkolenia, o tym jak zachowywać się na rozmowie rekrutacyjnej.

To w dużej mierze pokazuje moje nastawienie do tego, jak postrzegałam życie. Nieprzewidywalne, niepodlegające żadnej kontroli, a tym bardziej moje. Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach. Skąd mam wiedzieć co będzie za pięć lat? Może będę w tym samym miejscu, w którym jestem teraz? A może po drugiej stronie globu? Może już nie będę mieć nóg i jedynym moim zmartwieniem będzie to, że krawężnik jest zbyt wysoki, żeby na niego wjechać wózkiem? A może w ogóle mnie już nie będzie? Jaki jest sens rozmyślać o czymś, na co nie mam wpływu?

Ty spędzasz dzień czy dzień spędza Ciebie?

Odcięłam się od myśli o przyszłości. Chciałam być tu i teraz, koncentrując się na tym, co spotyka mnie w obecnym momencie. Planowałam z miesięcznym wyprzedzeniem. Aż do momentu, gdy zabrakło mi czegoś więcej. Zabrakło mi wizji, większej niż ja sama i to, co jest na ten moment. Poczułam, że setkom decyzji, podejmowanych na co dzień brakuje jednej wspólnej nici, która będzie je wszystkie spajać w całość. W jeden całościowy obraz mnie – z przyszłości. Sens pojedynczych działań pojawiał się dopiero, gdy patrzyłam na nie wybiegając w przyszłość.

Wybieranie każdego dnia świeżych warzyw i owoców nie ma większego sensu na krótszą metę. To rozwiązanie zabiera mi więcej czasu niż dotychczasowe zakupy raz w tygodniu i jedzenie mrożonek. Często też kosztuje więcej i wymaga znaczniejszej ilości energii.

Zaczynanie poranka od piętnastu minut jogi, która powoli rozgrzewa moje ciało i przygotowuje je na resztę dnia, nie wydaje się czymś spektakularnym. Jedynym efektem na krótszą metę jest to, że czuję się lepiej rozciągnięta, ale czy naprawdę jest to dostatecznie mocny argument, żeby wskoczyć na matę zamiast pospać te kilkanaście minut dłużej?

Znalezienie czasu na codzienne dłuższe spacery i ruch kosztuje mnie sporo wysiłku. Często wydaje mi się, że nie mam na nie siły. O wiele łatwiej jest mi położyć się na kanapie, włączyć telewizor i… wsiąknąć. Wyłączyć myślenie i zanurzyć się w bezruchu.

Życie jest czymś więcej niż tylko sumą dni

Te drobne kroki zyskują pełnię dopiero, gdy popatrzy się na nie z lotu ptaka. W szerszym kontekście. Za kilka lat moje ciało podziękuje mi za zdrową dietę, ćwiczenia i wyprowadzanie siebie na spacer. Za opiekę i empatię wobec samej siebie. Witalnością, energią i apetytem na Życie.

Otworzyłam się na to, żeby popatrzeć dalej. Wiesz co traciłam do tej pory? Nie pozwalałam sobie na marzenia, uważając je za mrzonkę. To taki drobny skutek uboczny niewybiegania w przyszłość. Zatraciłam się w Teraz, znowu zapominając o tym, że skrajności szkodzą. Najważniejszy jest złoty środek.

Z pomocą przyszła mi jedna z technik, pomagających wydobywać marzenia na światło codzienne. Mapa marzeń.

Kupiłam stos kolorowych gazet, brystol i klej. Wzięłam nożyczki do ręki i dałam się pochłonąć procesowi. 

W sieci krąży masa różnych zasad, których należy się trzymać podczas tworzenia Mapy Marzeń. U mnie nie miała być narzędziem kreacji celów – raczej drogowskazem, ogólną koncepcją. Być może z  czasem sięgnę po inne jej odmiany.

Dlatego kryterium wyboru było proste: wycinam wszystko, co przyciąga moją uwagę i porusza. Priorytetowa zasada: Wyłączam umysł. Włączam serce. Nie myślę, nie dumam, nie zastanawiam się. Czuję, działam zgodnie z sercem i intuicją.

Początkowo, mojemu umysłowi nie podobało się to, że musiał zamilknąć. Na co dzień jest dosyć rozgadany, więc sytuacja, w której nie miał prawa głosu była dla niego niekomfortowa. Łapałam się na tym, że patrzę na stronę w gazecie, a w mojej głowie pojawiała się myśl:

To się chyba nie nadaje na Mapę Marzeń.

Jak to będzie wyglądać.

To nie pasuje ani do reszty, ani do mnie.

Stop. Zamykam oczy. Czuję. Nie myślę. Ufam procesowi. Odpuszczam.


Patrzę na nią i widzę siebie. Góry, naturę, przestrzeń. Małe lęki i wątpliwości. Wartości, którymi się kieruję i zasady, które chciałabym wdrożyć w życie. Energię, żywioł, namiętności.

Widzę królową sprzeczności, a jednak wszystko układa się w jedną całość.