Mam z czego się cieszyć

Mam z czego się cieszyć

Otwieram oczy i czuję miękkość pościeli. Ciche odgłosy wdechów i wydechów przypominają mi, że nie jestem sama. Przeciągam się i daję sobie pozwolenie na nieśpieszność. Powoli, z przyjemnym ociąganiem, siadam i zaczynam budzić swoje ciało. Dzień dobry!

Czy na pewno dobry? Mój umysł na śniadanie serwuje mi talerz pełen rozmaitości…

… wczoraj rozmawiałyście i była taka smutna. Jak od pół roku. I jak jej pomóc?

… znów zapomniałaś o tysiącu drobnych rzeczy, a przecież to nie trzeba wiele, wystarczy krok po kroku.

… niebo takie szare, z wyraźnym sygnałem, że jeszcze wiosna nie zdecydowała się pojawić w pełnej krasie.

… tyle dziś do zrobienia. Jak z tym wszystkim zdążysz? Mogłaś wstać z godzinę wcześniej!

Czuję się jakbym spotkała dawno niewidzianą, nielubianą koleżankę. Taką, która przerwy robi jedynie na wzięcie wdechu. Wcale nie czeka na odpowiedź, bo wystarcza jej to, że jest i mglista obecność drugiej osoby. I gada, wciąż gada.

Litania nie ma końca, a nawet gdyby miała to koniec nie przyszedłby szybko. Przecież tyle jest jeszcze do opowiedzenia, więc grzechem byłoby kończyć w połowie.

Przesiąkam negatywizmem i nawet moja skóra wygląda jakby nabrała odcień szarości. Bardzo szybko staję się szarym człowiekiem. Zmęczonym własną, nieustannie gadającą głową.

Uśmiecham się do moich myśli. Spokojnie, wiem czego wam trzeba. 

Zapalam świecę, która w kilka sekund utula zapachem cały salon. Siadam, krzyżując nogi, zamykam oczy i zatapiam się w sobie.

Myśli rozochocają się. Pokrętło w odtwarzaczu przekręca się w stronę „Volume MAX” i jest coraz głośniej. Wydaje mi się, że jestem na gwarnym targu, na którym rozmawiają jedna z drugą, i trzecią, i czwartą.

No i pamiętasz jak to było ostatnio, teraz też tak pewnie będzie!

Aaaa, mówię Ci, nie ma co próbować, znowu się zawiedziesz i tyle. 

Weź to pierdzielnij wszystko i wyjedź w Bieszczady!

Daję im się wygadać. Patrzę, słyszę, choć nie do końca słucham. Robię wdech, a po nim długi wydech. Powoli robi się coraz ciszej i po raz pierwszy zaczynam słyszeć swój oddech. Wracam do siebie – do tej prawdziwej siebie, która jest cicha i spokojna.

Panel sterowania wraca w moje ręce. Wybieram to, co myśli głowa. Otwieram oczy i zdmuchuję świeczkę, a pojedyncze promienie słońca osiadają na mojej twarzy.

Bo przecież mam z czego się cieszyć i za co być wdzięczną.Wybieram radość zamiast wiecznego skupiania się na tym, czego brakuje. Patrzę tam, gdzie jest pełno, zamiast odwracać głowę tam, gdzie jest pusto.

Gdybym poszła w lewo, nie byłoby tak trudno, to prawda. Ale dzięki temu wiem, że na przyszłość zawsze warto iść w prawo.

Gdybym nie widziała u niej smutku, trudniej byłoby mi odnaleźć w sobie ciepło i miłość. Teraz, miłość niosę w ręku i otwieram serce dla niej, dla innych, dla siebie. Tak, czuję to – empatia otwiera.

Gdybym nie miała tylu wątpliwości, nie byłabym sobą. Byłabym kimś kto idzie, bez zastanowienia i obracania się za siebie. A tyle mogłabym przez to przeoczyć.

Gdyby udawało mi się robienie wszystkiego, co powinnam, mój grafik byłby wypełniony po brzegi. Od rana do wieczora. Bez przerw na zwykłe, proste cieszenie się tym, że jestem i jak jestem. Całe szczęście, że nie chodzę jak w zegarku!

Jest dobrze, dziękuję. Ogromna szczęściara ze mnie.

Podobne wpisy