Kupuję tu, bo chcę Cię w moim świecie

Wpis powstał w ramach współpracy z marką KOKOworld

Mam taką ulubioną Panią Jadzię w warzywniaku. Wszyscy dziwią się, że kupuję tylko u niej, bo zazwyczaj wita każdego nowego klienta z nieszczęśliwą miną pt Wolałabym być gdziekolwiek, byle nie tu i nieustannie marudzi pod nosem Oni to zawsze, proszę ja Ciebie, grzebią w tych pomidorach, obijają je, wygrzebują, a przecież to wszystko to samo jest.

Została moją ulubioną Panią z warzywniaka, gdy udało mi się znaleźć sposób na to, żeby się w końcu uśmiechnęła. Teraz uśmiecha się za każdym razem. 

Czasem zamawiam warzywa od Pani Kasi, która prowadzi mały warzywniak na kółkach. Zbiera zamówienia, jeździ po okolicznych rolnikach, którzy hodują warzywa i owoce bez chemii i przywozi te dobrocie mieszczuchom pod drzwi. Nie może narzekać na brak chętnych.

Bułki zazwyczaj kupuję u Julki, a chleb w pobliskiej bio piekarni, która jest jednocześnie pizzerią (widział kto takie cuda?). Nic nie może im się równać, zwłaszcza, gdy załapię się na ciepłe, wyjęte prosto z pieca. Wystarczy posmarować masłem i jesteś w siódmym niebie 🙂

Dlaczego Ci o tym opowiadam? Bo ostatnio naszła mnie pewna refleksja. 

To, gdzie kupuję bezpośrednio kształtuje moją rzeczywistość. Twoją z resztą też. 

To, czy kupuję u Pani Jadzi i Pani Kasi jest małą cegiełką, którą dokładam do tego, żeby nadal pracowały w miejscu, gdzie pracują. W miejscu, które jest kameralne i przyjazne. Które stawia na jakość, a nie na ilość. W miejscu, które ma klimat i pokazuje, że nie tylko wielkie korporacje mają coś do powiedzenia.

Nie zrozum mnie źle, nie unikam supermarketów jak ognia. To bardzo zręczny wynalazek – wchodzisz i masz wszystko w jednym miejscu: warzywa, produkty sypkie, pieczywo… Kolorowe naklejki z promocjami krzyczą Weź mnie do domu! i często zamiast wziąć to, co na liście, kończę z koszykiem, który jest zbyt ciężki, żeby unieść go jedną ręką.

Od pewnego czasu przyglądam się też swoim ubraniom. Zaraz po produktach spożywczych, zajmują drugie miejsce w wyścigu po więcej. Kupujemy ich znacznie za dużo. Sklepy pękają w szwach, lumpeksy też. Notorycznie widzę przepełnione pojemniki Czerwonego Krzyża, wokół których leżą porozrzucane ciuchy.

Ubrania stają się coraz tańsze, a co za tym idzie – coraz tańszy staje się ich skład. Akryle, poliamidy, poliestry… Od kilku lat staram się wybierać jedynie naturalne składy. I wiesz co? Nie mam zbyt dużego wyboru. Nigdy nie sądziłam, że aż tak ciężko jest kupić coś, co jest naturalne i nie szkodzi naszej skórze. 

Taka cena wymusza też tanich pracowników. Na pewno znasz te historie – wydają się tak odległe, bo dotyczą pracowników, którzy w Indiach czy Chinach pracują w warunkach poniżej czyjejkolwiek godności. Często po kilkanaście godzin na dobę, zarabiając tyle, że starcza jedynie na przeżycie od – do. A przecież te historie nie są tak odległe – ich kawałek masz na sobie. W postaci bluzki, spodni czy biżuterii stworzonej przez ręce tych, którzy mieszkają tysiące kilometrów stąd.

Na tyle, na ile mogę wybieram te marki, które podzielają moje wartości. Takie, które liczą się z tym, w jakich warunkach pracują ich ludzie i jak wpływają na to, w jakim świecie żyjemy.

Nie zależy mi na tym, żeby pędzić za ciągle zmieniającymi się trendami. To jeden z mechanizmów, który sprawia, że kupujesz więcej i więcej.

Wypisuję się z tego.

Agata Kurek, założycielka KOKOworld, kocha podróże i to tam znajduje inspiracje do kolekcji. Zdjęcie zostało zrobione w Maroko.

Lubię marki, które powstały z pasji. KOKOworld jest jednym z przykładów historii, która pokazuje, że z chęci zrobienia czegoś dobrego i zacięcia biznesowego może wyjść coś naprawdę dobrego. Rękodzielnicy z całego świata w jednym miejscu, w postaci sklepu online? Gdyby ktoś mi o tym opowiedział, wydawałoby mi się to mało realne. A jednak. 

Jedna z rzeczy, która podoba mi się najbardziej to to, że każde z ubrań jest szyte przez konkretną osobę. I ja wiem kim jest ta osoba i skąd pochodzi. To sprawia, że kupowanie staje się relacyjne. Osadzone w przestrzeni i bardziej namacalne. Nie kupuję zasilając kieszenie zarządu wielkiej korporacji. Kupuję, wiedząc, że pomagam jednemu z rękodzielników w robieniu tego, co kocha, za adekwatne wynagrodzenie. 

Gdy przyjrzałam się moim wyborom zakupowym, poczułam, że mam moc. Moc zmieniania rzeczywistości. Wybierania tego, co chciałabym wspierać i tego, z czym się nie zgadzam i do czego nie chcę dokładać mojej cegiełki.

To niewiele zmienia, gdy pomyślę o tym tylko ja. Ale gdy pomyśli o tym więcej osób… moc rośnie. Nabiera jeszcze większego rozmachu kreowania świata, w którym żyjemy. 

Ta moc to piękny przywilej, ale też odpowiedzialność. Nie warto przed nią uciekać.