Dlaczego warto porzucić bloga?

Dlaczego warto porzucić bloga?

Włączam komputer. Wbiegam z impetem do świata internetu.

Zalewa mnie potok idealnych żyć. Zdjęć z perfekcyjną ostrością, ustawioną na nieskazitelny makijaż i doskonale dobrany outfit. Filmów z urokliwych zakątków, w których nie wypada przebywać bez uśmiechu i lampki szampana.

I tak sobie tkwię, scrollując. Buduję sobie, cegiełka po cegiełce, obraz idealnego świata zewnętrznego i nieidealnej mnie.

Powtarzam to. Każdego dnia, regularnie, co kilka godzin. Łapię się na tym, że zaglądam do mediów społecznościowych w prawie każdej wolnej chwili – zazwyczaj z nudów. Czekając na kogoś, oglądając nudny film, nie mogąc zasnąć, myjąc zęby.

Faszeruję się sztucznie wykreowanymi wizerunkami, jednocześnie poszukując autentyczności i chwil, w których mogę pomyśleć Też tak mam. Częściej myślę jednak Szkoda, że tak nie mam.

Ze zdumieniem zaczynam obserwować w sobie rosnącą frustrację wiecznym nienasyceniem. Drobne sukcesy nie cieszą mnie już tak bardzo, skoro świętuję je tkwiąc w zimnolubnej i wietrznej Polsce, zamiast zwiedzać Tajlandię, Portugalię albo chociaż Hiszpanię (loty do Barcelony przecież w promocji).

Zaczynam się dzielić

Piszę też bloga, choć ciężko mnie nazwać częścią blogosfery – czymkolwiek by ona była. Uczę się stopniowo rzeczy, które nigdy nie leżały w kręgu moich zainteresowań. Wybierania szablonu, przenoszenia bloga na własną domenę. Udzielam się też w mediach społecznościowych, piszę do bliżej nieokreślonego eteru, opowiadając o świecie z mojej perspektywy.

Ktoś zaczyna mnie czytać. Z czasem grono ktosiów powiększa się i nie tylko czyta, ale wchodzi ze mną w interakcję. Moja pisanina przestaje być wiecznym monologiem i zaczyna przypominać coś na kształt dialogu.

Cieszę się, gdy słyszę, że moje słowa komuś pomogły. Nawet, jeśli pomoc ograniczyła się do krótkiego uśmiechu podczas pochmurnego dnia. Jednego z tych dni, które ciągną się niemiłosiernie i otumaniają smutkiem. Takich, których potem się nie pamięta.

Cieszę się, gdy słyszę, że kogoś zainspirowałam. Do zmiany w myśleniu lub zachowaniu. Do podejścia do życia w inny sposób. Bardziej złożony i trudny.

Po to przecież zaczęłam pisać.

Za mało, za krótko, za wolno

Z czasem przestaje mi to wystarczać. Nagle pojawia się we mnie głos, który mówi: No i co z tego?  Inni zmieniają więcej. Inspirują mocniej i wywołują tysiące więcej uśmiechów. Robią to lepiej, a przy tym mniejszym wysiłkiem.

Zaczynam uczyć się podstaw SEO i optymalizacji stron. To esencja świata, do którego zawsze było mi daleko, jako urodzonej humanistce. Nauka przynosi efekty, jednym ze skutków ubocznych jest nawet znalezienie nowej pracy, w której nowe umiejętności przydają mi się na co dzień.

Widzę efekty. Widzę też, że głos we mnie nie cichnie. Teraz powtarza w kółko: Efekty? Nie żartuj! Pomyśl jakie mogłabyś mieć efekty, gdybyś robiła więcej, częściej, zgodnie z harmonogramem!  

Zapieprzam jak głupia, próbując sprostać wymaganiom głosu w mojej głowie.

Jestem zawsze online. Paradoksalnie najmniej czasu zajmuje mi pisanie. Pisanie czyli to, z czego czerpałam największą radość w blogowaniu.

Rodzi się we mnie niechęć. Nie mam już siły gonić za własnymi wygórowanymi oczekiwaniami. Piszę coraz rzadziej, biernie przyglądam się temu, jak blogosfera produkuje setki kolejnych, nowych twórców. Nie chcę już tu być.

Przełączam się na tryb offline. Nie śledzę statystyk, najnowszych trendów i blogowych must have.

Pozwalam sobie na bycie. Na życie. Takim, jakim jest. Tak po prostu.

Doświadczam. Wracam do stanu równowagi. Zmieniam.

Po półrocznej przerwie wracam. Myślę, że tym razem wiem już po co.